Ta sama kiełbasa, tylko dłuższa
Niemcy mają takie powiedzenie o Audi, złośliwe, ale celne: „ta sama kiełbasa w różnych długościach”. Przez lata dotyczyło to sedanów, A4, A6, A8, które różniły się głównie tym, ile miejsca zostawało z tyłu na nogi teścia. Można było się śmiać, ale był w tym jakiś porządek, jakaś logika. Wiedziałeś, za co płacisz. Płaciłeś za centymetry.
Teraz Audi wzięło tę filozofię, wsadziło ją do siłowni, nakarmiło sterydami i wypuściło na segment SUV-ów. Efekt? Nowy Q7 i nowy, flagowy Q9 to bliźnięta jednojajowe, które ktoś przez pomyłkę rozdzielił przy porodzie i jednemu dał trochę większy pokój. To już nie jest kiełbasoklonizm. To skopiuj-wklejizm w najczystszej, laboratoryjnej postaci.
I teraz uwaga, bo tu robi się śmiesznie
Nie zmyślam, więc podeprę się faktami, bo felieton bez faktów to jak Audi bez grilla, czyli teoretycznie możliwe, ale nikt tego nie widział. Renomowane zagraniczne redakcje, oglądając nowego Q7, napisały wprost, że z przodu jest „ekstremalnie podobny do Q9”, a jego wnętrze zostało „przeniesione niemal bezpośrednio z Q9”. Ściana ekranów pod zakrzywioną taflą szkła, ta sama kwadratowa deska, ten sam nowy drążek zmiany biegów przy kierownicy, te same światełka w zagłówkach. Jedno i drugie auto.
Różnica? Q9 jest o jakieś 25 centymetrów dłuższy i ma dłuższy rozstaw osi. Czyli, wracając do metafory kiełbasianej, dostajemy dokładnie tę samą kiełbasę, tyle że komuś w masarni zadrżała ręka przy krojeniu. Za tę drżącą rękę zapłacicie oczywiście znacznie więcej, bo Q9 to flagowiec, a Q7 ma być „wyborem rozsądnym”. Rozsądnym, czyli takim samym, ale tańszym. Genialne. Po co komu marketing, skoro klient sam sobie wytłumaczy, że kupił taniej to samo.
Trzy poziomy klonowania
Bo widzicie, klonowanie w Audi odbywa się na trzech piętrach naraz, niczym dobrze zorganizowana fabryka na Kamino. Zacznijmy od zewnątrz. Oba auta mają ten sam gigantyczny, kwadratowy grill Singleframe, te same wąskie, trójkątne światełka do jazdy dziennej wciśnięte pod maskę, te same kanciaste reflektory nad nimi i te same nadęte nadkola, które Audi lubi nazywać hołdem dla legendarnego Quattro, a które w praktyce wyglądają, jakby auto za dużo ćwiczyło barki, a za mało nogi. Q9 jest szerszy i wyższy, ma podświetlane cztery pierścienie osadzone wyżej, ale generalna zasada jest jedna: zasłoń logo, a nie zgadniesz, które to.
Wejdźmy do środka, bo tu robi się jeszcze weselej. Ta sama płaska deska, ten sam system Digital Stage z trzema ekranami pod jedną zakrzywioną taflą szkła, ten sam ekran dla pasażera, ten sam nowy drążek zmiany biegów przy kierownicy, te same świecące zagłówki, ta sama dramatyczna podświetlana kabina. Renomowane redakcje napisały to bez ogródek: wnętrze Q7 przeniesiono z Q9 niemal jeden do jednego. Różnica jest taka, że w Q9 skóra pachnie odrobinę drożej, a fotele drugiego rzędu udają fotele pierwszego rzędu. Za tę różnicę zapłacicie jak za zboże.
A teraz zajrzyjmy pod maskę, bo tu pada ostateczny cios. Bazowy Q7 i bazowy Q9 dostają dokładnie ten sam silnik: 3.0 V6 diesel o mocy 245 KM. Nie „podobny”. Nie „spokrewniony”. Ten sam. A gdy zapragniecie mocy, wersje SQ7 i SQ9 dzielą ten sam V8 o pojemności 4.0 i mocy 591 koni. Źródła piszą to wprost: Q9 współdzieli silniki z nowym Q7. Czyli mamy dwa auta, które wyglądają tak samo z zewnątrz, tak samo w środku i mają to samo pod maską, a różnią się w zasadzie tylko długością i ceną. W tym momencie przestajemy mówić o dwóch modelach. Mówimy o jednym modelu, który ktoś przepuścił przez ksero z ustawieniem „powiększ o 110 procent”.
Odwaga czy lenistwo?
Ktoś w Ingolstadt powie pewnie, że to spójność językowa. Że to budowanie tożsamości marki. Że gdy widzisz Audi, masz od razu wiedzieć, że to Audi, niezależnie od modelu. I wiecie co? W teorii to nawet ma sens. Problem w tym, że między „spójnością” a „nie chciało nam się narysować drugiego auta” przebiega cienka linia, a Audi przeskoczyło ją z gracją słonia na łyżwach.
Bo spójność to Porsche, gdzie 911 i Cayenne są rozpoznawalnie spokrewnione, ale nikt przy zdrowych zmysłach ich nie pomyli. A to, co robi Audi, to raczej sytuacja, w której przychodzisz na imprezę rodzinną i przez pierwsze pół godziny nie wiesz, czy rozmawiasz z bratem gospodarza, czy z gospodarzem, bo obaj mają ten sam sweter, tę samą fryzurę i ten sam wyraz twarzy człowieka, który właśnie sprzedał Ci coś, czego nie potrzebowałeś.
Audi kiedyś potrafiło zaskakiwać. Pierwsze TT było małym dziełem sztuki. Pierwszy A7 rysowano tak, że aż chciało się go dotknąć. R8 był po prostu piękny. A dziś? Dziś mamy fabrykę, która produkuje jeden kształt w ośmiu rozmiarach i liczy, że nikt nie zauważy. Zauważyliśmy.
Trzeba oddać sprawiedliwość
I teraz moment, w którym robię się na chwilę poważny, bo felieton felietonem, ale uczciwość obowiązuje. Pod tą powtórzoną skórą kryje się realny postęp. Nowy Q7 dostał zupełnie nową płytę podłogową, mocniejszą elektroniczną architekturę, lepsze zawieszenie, a w bazie moc, o której poprzednik mógł pomarzyć, bo 429 koni to niemal sto więcej niż w modelu, który zastępuje. To auto prawdopodobnie jeździ znakomicie, jest szybkie, ciche i technologicznie stoi na wysokim poziomie. Pod względem inżynierii Audi wciąż wie, co robi.
Tyle że o inżynierii dyskutuje się po jeździe próbnej. A zakochujesz się, albo i nie, w pierwszej sekundzie, na parkingu, patrząc na auto. I jeśli w tej pierwszej sekundzie nie potrafisz odróżnić modelu za 400 tysięcy od modelu za 300, to znaczy, że gdzieś po drodze ktoś w dziale designu wyszedł na przedłużony lunch i już nie wrócił.
Klony wypuszczone, misja zakończona
Wróćmy więc na ten komisariat z początku. Policjant patrzy na Was ze współczuciem i mówi: proszę pana, my tych zgłoszeń mamy dziś dwadzieścia, wszystkie identyczne, wszystkie „duży SUV z wielkim grillem”. I ma rację, bo w gruncie rzeczy zgłaszacie zaginięcie żołnierza z armii klonów, w której każdy egzemplarz wyszedł z tej samej formy, dostał ten sam silnik i tę samą twarz, a jedyne, co ich odróżnia, to numer na hełmie i cena za sztukę.
I tu wraca George Lucas, bo tytuł zobowiązuje. „Atak klonów” w gwiezdnej sadze był tą częścią, którą wszyscy pamiętają nie za fabułę, lecz za wrażenie, że coś tu poszło nie tak, że pod efektami specjalnymi zniknęła dusza. Audi odtworzyło to uczucie z niepokojącą precyzją. Technicznie wszystko się zgadza, budżet ogromny, wykonanie perfekcyjne, a mimo to wychodzisz z sali z pytaniem: gdzie się podziała ta iskra, która kiedyś kazała mi kochać te auta.
Bo klon zrobi wszystko to, co oryginał. Pojedzie tak samo szybko, zahamuje tak samo pewnie, zawiezie rodzinę na wakacje równie sprawnie. Jednego tylko nie potrafi: sprawić, żeby serce zabiło Ci mocniej na jego widok. A w aucie za grubo ponad trzysta tysięcy to akurat ta jedna rzecz, za którą naprawdę się płaci. Audi wypuściło armię. Szkoda tylko, że zapomniało dać jej twarz.
